? …… przychodzę dokąd i Skąd zmierzam…… czyli próba wyżygania siebie, aby znaleźć Siebie

Jeżeli rzeczywiście jest tak jak powiedziała Monika, że lęk i lenistwo to dwa końce tego samego kija, że przyczyną lęku jest lenistwo do działania- a przecież doskonale wiem że tak jest- to jasnym się staje jak wielkim leniem byłem cale życie…

 

*

 

_______________ … jest 9.30 rano czasu Greenwich, jestem na lotnisku w Bristolu, mój samolot bezpiecznie dostarczył mnie na Wyspy, gdzie wracam z wakacji. Na niebie błękit miesza się z chmurami, zapowiada się ciepły, letni dzień. Czuję się ospale, trochę zagubiony w „nowej” rzeczywistości jaką jest dla mnie nieunikniony powrót do codzienności. W głowie kołata mi pytanie czy tym razem naprawdę okaże się to być Nowa rzeczywistość?

Od pół godziny czekam za rzekomo tkwiącym w korku kolegą, który ma mnie odebrać z lotniska. Czas oczekiwania zaczyna się dłużyć i niepostrzeżenie powolutku narasta napięcie… to brzuch- przyjaciel albo wróg- zaczyna grać swą muzykę…

_____________________________________________________ …na chwilę jeszcze uciekam w analizy przechodniów- co ten powiedział, co tamten zrobił, zaraz „przeskakuję” myślami, a co to ja zrobię jutro, albo co mnie zaskoczyło 2 dni wcześniej. Mija tak jeszcze 15minut i ponownie powraca napięcie- to brzuch…

…włącza się głowa- analizowanie co ten ucisk oznacza- niby diagnozuję problem, ale to tylko kolejna wymówka do działania ,________hej, aleee,… no tak przecież wiem co się dzieje. Chodzi o działanie…

…Zawsze o to chodziło i od zawsze przecież brzuch mnie bolał. Choć czasem właściwsze byłoby powiedzieć napierdalał. Po prostu nie można inaczej powiedzieć. Bo przecież tu nie chodzi o jakiś nieżyt, wyrostek czy zgagę tylko jakiś pieprzony psychiczny ból który chuj wie skąd i dokąd?

_______________,tak było, Ale TERAZ, wierzę Jest inaczejJJJ…

Wracając- przepraszam za wyrażenie- „no więc co się kurwa dzieje???”- można ugrząźć w tym natłoku myśli, ale „Hej! przecież WIESZ”- słyszę w sobie głos- i już tafla spokoju i zrozumienia spływa na mnie i może nie przykrywa niepokoju, ale płynie koło mnie, równorzędnie do mych lęków i Wiem, że jeśli tylko pozwolę jej istnieć to wszystko się ułoży. Albo przynajmniej nie rozpadnie, a to przecież już coś!

No więc jestem na tej ławce i mógłbym oddać się z łatwością irytacji, że straciłem godzinę z mojego cennego czasu czekając na podwózkę i kolejny raz umysł- wspaniały strateg i taktyk działający tym razem na usługach mojego lenistwa stoczyłby zwycięski bój. Tymczasem wyciągam dyktafon i działamMMM,,,,,, z początku nie jest łatwo, ale mój brzuch mnie wspiera- teraz jesteśmy po tej samej stronie barykady. Jest mi raźniej…

Padają pierwsze słowa,_______, jest też pustka- myślę sobie- „to dobrze”…

 

*

 

_________… cofnijmy się w czasie, ale tylko w mojej głowie. Chodzi tylko o ten zabieg jakim określa się chronologie. Tylko w mojej głowie- bo czasu tutaj nie ma, jest to stale powtarzająca się sekwencja zataczająca koło- jak to się zwykło mawiać- „do usranej śmierci”. To trochę jak niekończący przerób mielenia trocin. Albo człowiek który zatrzymuje swoją głowę, jak klatkę filmu z pędzącym autostradą buldożerem o prędkości bolidu Kubicy. W mig dostrzega, że „ coś tu kurwa jest nie tak”. Że „to wszystko jest jakieś chujowe”, że „na innym pasie jest znacznie lepiej”, albo „tamtemu to się poszczęściło bo jego motor to ma XXX rozmiar i to generalnie wszystko zmienia”, że „w zasadzie po co jechać dalej”, albo co ja najchętniej zwykle lubiłem mielić, że „ja nienawidzę tej trasy, tego bolidu i że gdybym mógł cofnąć się w czasie to na pewno wybrałbym takie opcje, że jechałbym teraz lukierkową trasą w towarzystwie króla Hedona i mistrza Śiwy w jednym”. No właśnie, tylko gdzie tak naprawdę jest nie tak? W głowie czy poza nią?

________Jedno pytanie mnie zawsze nurtowało- czy tak wszyscy ludzie mają, czy tylko ja- ok nie będę tylko siebie stawiał się na tym piedestale- ja i nieliczni?

Nooo, można by to zamknąć w pewien ogólnik, znaczy się uproszczenie i dalej spróbować je uogólnić? pytam bo nie wiem…

 

*

 

_______Zbliża się weekend, ostatni dzień pracy. Ostatnie chwile ciągną się, jak ogłoszenia parafialne z niedzielnej mszy. Czas niczym stoi, a przede mną jeszcze 3 godziny męki. Każda kolejna minuta jakby swoją zwielokrotnioną siłą daje odczuć jak bardzo nie chcę tej chwili, jak bardzo zmęczył mnie ten tydzień i jak bardzo chcę pogrzebać 70% tego tygodnia w niepamięci. Jak dziecko, któremu obiecano po niechcianym obiedzie deser bezmyślnie, z odrazą przełknę ten dzień, byleby podano mi talerz z napisem
Niczym z reklamy Coca-coli w głowie huczy mi „YEsss”, odbijam kartę pracy- out, „dzida”. Na odchodne jeszcze „siema” w kosmos. Nie ma mnie. Bąbelki się ulatniają…

No to jestem w domu. Ten weekend ma być wyjątkowy, obiecałem sobie, że nie spuszczę go jak niechciane w toalecie w niepamięć. Tym razem się wysilę i zamiast kolejnego bąka coś naprawdę Wielkiego zrobię. Będę dumny i zadowolony, a to zasili mnie taką energią, że w następny tydzień wparuję z pozytywką i energią równą mantrze guru „OM”. Jest plan, jest robota. Trzeba się wyspać, jutro Ważny dzień.

Aleeee, eee, spokojnie – myślę sobie- jest wieczoreek, w zasadzie jeszcze przed weekendeem, kupa czasuuu. Taki zmęczony, tak dzielnie walczyłem przez ten tydzień, wypadałoby odrobinkę odpocząć. mmmMały relaksik. Mogę jeszcze z pół godzinki posiedzieć, a przecież na takim zmęczeniu nic kreatywnego i tak nie stworzę. Ochhhh jak łatwo potrafię sam siebie przekonać…

Równie dobrze mógłbym przyzwyczaić moje ciało do takich, albo innych magicznych sztuczek; mógłby to być telewizorek, serfowanie po niekończących się nowościach ze świata mody, sportu czy spisków/tragedii wywąchanych w mediach. Albo może książeczka, majsterkowanie, seks, zażeranie się przysmakami, zabawa, alkohol, dragi, siłka, praca domowa. W zasadzie chodzi o to samo- jak najszybciej wyruszyć do słodkiej krainy czarnego niebytu. Pięęęknie, cudownie się zanurzam w tafli „orzeźwienia”. Chcę żeby było mi pyyyszniE.

Cholera, coś mnie kuje w brzuchu- może za mało bodźców?- przecieżżŻ, dopiero zacząłem się relaksować, jeszcze tylko chwilkę i już idę spać…

…. huuuuuuuuuu – iii jestem już w kabinie najszybszego metra świata- dalej się już dzieje ekspresowo- jest późno w nocy, zmęczony długim siedzeniem idę spać, w głowie obietnice szybkiego wstawania, nerwowy sen, niechciany poranek, uczucie zaspania połączone z czasowym zaspaniem i niewyspaniem, mój umysł w białym garniturze przekonujący mnie że najważniejsze to spokój, powolność w działaniu-„ja mam czas”, czas goni, czas świruje, wykręca koło za kołem, jestem zdyszany, jestem w tyle, obowiązki nie zrobione, irytacja, frustracja- już popołudnie i czas dla rodziny- moi bliscy mnie męczą, a poczucie winy każe mi się uśmiechać do nich, jestem zdyszany. kurwaAAA ja w pracy tak nienapierdalam, mój chamski szef nie jest taki krytyczny jak ja teraz sam dla siebie jestem, no mam już powoli dosyĆ!, chyba wolałbym już być w tej pracy- szybciej, szybciej- niech czas mija- tam przynajmniej z nikim się nie kłócę i mam spokój, o ja cię, mam dosyĆ!. Dalej. Idzie wieczór, taki męczący dzień, że moje plany kreatywnej pracy przełożę na kiedy indziej, albo pół tego i pół tamtego- trochę relaksiku, a potem zabiorę się do pracy. Wiec może najpierw relaks- Czas przyspiesza czas świruje- jeszcze tylko drobną chwilę, i jest już pieprzona 2 w nocy. Znów. przejebałem cały dzień- kręcę się na łóżku i nie mogę uspokoić nerwowo bijącego serca… Kolejny dzień zmusza do wcześniejszego wstania- obowiązki żyjącego w stadzie, trzeba się uśmiechać i dobrze bawić- chwilę jest dobrze, ale zaraz siada nastrój,. Nieprzespana noc jak kac-gigant uderza i wpija w sumienie- „cały swój wolny czas prze-je-bałeś”,. aaaAAA- w głowie konfrontacja irytacji z poczuciem obowiązku zwierzęcia stadnego- posoka leje się strumieniami, moje ręce zalane krwią moich bliskich- nie utrzymałem- lejce puszczone. Nawet byłem świadomy że robię źle ale tak mnie wszystko wkurzało… stało się. Ok, wszystko można zatuszować- od czego mamy nasze umysły- żeby się móc oszukiwać, brzuch też da się zagłuszyć- jest tyle dziś możliwości rozrywek na wysokich emocjach- stado się znów śmieje, waw, przeżywamy teraz wspólnie chwile „uniesienia”, zdaje się że już wszystko naprawione. Jest i wieczór, i czas na spokój, i na wolny czas też. Czas kręci się nieubłaganie,. jutro praca, w zasadzie sumienie nie ma z czym walczyć-weekend już minął- więc może filmik bo i tak już nic ambitniejszego nie wykrzeszę z siebie…

____________________________________________________________ …Następny dzień rano. Podbijam kartę „in 70%” – ekspres zatrzymuje się.

…Pierwszego dnia 70-tki w zasadzie nie pamiętam- jestem tak zmęczony po weekendzie, że mógłbym zasnąć na kiblu…

 

*

 

___________Ogólniki mają to do siebie, że dotyczą tylko jakiegoś fragmentu, albo tylko jakiejś warstwy czegoś znacznie bardziej złożonego. Tak mówi nauka. Ale może właśnie o to chodzi- że w tej chwili, to ma dla mnie i tylko dla Mnie znaczenie, to jest ważne, a za chwilę może już to być nieaktualne, nieciekawe, nawet głupie, albo banalne. boo będę już gdzie indziej? bo nie jestem czymś stałym jak definicja? Bo może nauka to chujnia z rzeźnią. Chujnia- bo szczęścia mi nie dała, a jedynie bolączkę głowy ładowaną w pigułkach typu „co wybrać z 1000 produktów zakłócających mój spokój”. Rzeźnia- bo mnie okaleczyła, sprawiając że na okrągło sprawdzam czy się mieszczę w definicji i poszukuję w jej obrębie radości i szczęścia.
Może właśnie o to chodzi. Że w ogólnikach mieści się Mój spokój_____________

 

*

 

___________Jest godzina 17:00 dnia innego. Dzień „wolny” od obowiązków. Wstałem o godzinie 7.30, miałem mieć caaaały dzień na kreacje siebie w stroje pod tytułem „mam ochotę…” i „działam z przyjemnością…”. Jasne, działać działam. Nie powiem. Tylko czemu przy tym, tak cholernie się spalam? Dzień zupełnie dla mnie, a ja mieszam się w moich własnych tworach obowiązków, wydumanych planach, gorączkowo zerkam co pięć minut na pędzący zegar i czuję jak zadyszka łapie mnie w kiszkach. Gdy zamiast do śniadania zasiadam w toalecie do ulgi jaką niesie chwilowe zatrzymanie czasu- absurd!!! żeby w kiblu ratować się spokojem bo nie wyrabiam się z planem jaki głowa wykreowała na weekend? I co, zamiast przyjemności są tylko niepokoje, że jak w Disney-parku- zamiast 30 kolejkami zjadę dziś tylko 25-cioma. Haaa, może się nawet okazać, że tylko 5-cioma. Brzuch tak mnie ściska jakby dwie 30 tonowe ciężarówki starały się wygrać konkurs przeciągania moich flaków w przeciwną sobie stronę. No i ok, słyszę ten ucisk, nawet go czuję, uwaga! jestem jego świadomy!… Głowa wertuje temat, a szukanie rozwiązania powoduje że flaki pchają się tak niemiłosiernie, że nazwanie tego spinaniem się, byłoby równie trafne co określenie „szczypanie” po ugryzieniu szerszenia. Całe ciało zaczyna swędzieć, łażę to w 1 stronę to w 2-gą w zasadzie bez celu i tylko głowa analizuje- „co tu się dzieję”. Nie widzę się, ale myślę, że musi przypominać wtedy rozgrzany do dzikiej czerwieni czajnik. Nawet wołam „głowo stop”, Niiic. Flaki szaleją…

 

-
*

 

-
Więc o co chodzi? Czy jest on wrogiem czy przyjacielem? Odpowiedź jest taka prosta… Dlaczego jej nigdy wcześniej nie odkryłem? W zasadzie nigdy wcześniej nie zadałem sobie tego pytania. Aleee… chwila. bo to jest ważne. Dla jasności- nie zadałem sam sobie tego pytania… SAM… SOBIE… SAM.. SOBIE… SAM. SOBIE… SAM SOBIE… SAMSOBIE…………………………

_
………………. hej, ale jak to wszystko uruchomić?-… eee „Kurwa co ty debila ze mnie robisz?”- wraca głowa- „o czym ty mówisz, jakie pytanie, jakie uruchamianie?………….. fuck jakaś bzdura…….”

_

OK, va bene. Oczywiście, są dni „jasne” i dni braku wiary. To normalne.

… niech będzie. Spróbujmy inaczej…____________________ …

_
czy miewasz wątpliwości przy podejmowaniu decyzji? czy miewasz wyrzuty sumienia? czy wracasz do przeszłości z żalem za „błędne”/niewykorzystane decyzje? czy analizujesz „co by… gdyby”? czy miewasz konflikty z bliskimi? czy te konflikty się powtarzają? czy zdarza Ci się „wrzucać” bieg wsteczny gdy pojawia się widmo utraty?…

_
Czy dostrzegasz w swoim życiu ciągłe obracanie się wokół pozorów i udawania, że niczego nie ma między wierszami?

. . … ……………………

 
*

 
__________Płyniemy łódką, małą żaglówka morską. Płyniemy, bo w zasadzie wszyscy płyną. Mamy na łajbie swój zespół z którymi dzielimy się obowiązkami. Obowiązki, które to głównie polegają na tym, aby wszyscy byli zdrowi i żebyśmy mieli pieniądze na jedzenie, wodę, no i żeby też było na jakieś tam drobne przyjemności. Czasem podpływają jakieś inne łodzie, czasem my podpływamy do innych, czasem wychodzimy zdobyć nie…zbędne(?) materiały.

_
__________Generalnie płyniemy. W zasadzie nikt nie wie dokąd?(sik!) najlepsze, że nie ma w śród nas sternika choć każdy zgrywa minę zawodowca, fachowca i profesjonalisty w tym jak i w zasadzie każdym innym temacie. Książek przeczytaliśmy multum. Lubimy rozmawiać o tym co należy i co jest właściwe, ale jeszcze chętniej spędzamy całe dnie na gadaniu jak inne łodzie wokoło nas sobie radzą. Uwielbiamy oglądać i obserwować co się dzieje dookoła. Najlepiej jeśli przy tym zażeramy coś smacznego albo/i raz po raz pudrujemy sobie noski wszystkim tym co pomaga nam uczynić przyjemnym nieznośne kołysanie fal. Nazywamy wtedy samych siebie smakoszami i koneserami przyjemności życia, choć tak naprawdę jest to zażeranie lęku przed tym co dla jednych jawi się jako nieuniknione a dla drugich po prostu życiem. Ooo spazmy rozkoszy daje nam plotkowanie- jak ta łódź dziś się źle popłynęła, a że z tamtej łodzi ktoś się przeniósł na inną, albo co za wpadka bo na innej łodzi ktoś się poślizgnął . I tak płyniemy i wszystko jest fajnie tylko nie wiadomo w zasadzie dokąd płyniemy?? Większość z nas zamiast siedzieć przy sterze onanizuje się z myślą o tym czego nie/pragniemy albo co nie/dostaliśmy kiedyś tam w przeszłości. Tak jest nam „milej”, albo raczej to nas nakręca. Poza tym pogoda jest znośna. Nie ma sensu się wysilać skoro i tak płyniemy.

_
__________Zdarzają się jednak chwile kiedy to zerwie się wiatr. uuu Wtedy zaczynamy się denerwować . Z początku każdy chce „jak najlepiej”, wzajemnie się „zgadzamy” i godzimy na ustępstwa. Stopniowo jednak cierpliwość nam topnieje. Wiatr się wzmaga, łajbą bardziej buja, a nasze głowy jakby tracą horyzont z pola widzenia (pytanie czy go kiedyś w ogóle miały??). Jakby „ktoś”, „coś” posiadało ich kopię zawartą w lalce voo- doo i właśnie żgało w wybrany losowo punkt lalki . Z początku żganie jest lekkie. Jednakże pod naporem pytań; jak ustawić żagle, jaki ster obrać, generalnie „co robić?” dopada nas panika. Igły prują naszą lalkę, a para z czachy powoli zaczyna uzyskiwać swoją „samoświadomość” – program pt. „co się dzieje kiedy wyrzuci się słonia z samolotu” właśnie się rozpoczyna. Jedno jest pewne, na pewno będzie podążał w jednym kierunku……. dalej już wszystko „samo” leci…

_
___________No i to jest właśnie ten moment. Moment Wielkiej paniki. Trochę tak jakby nas ginekolog obcęgami wyciągał z maminowego krocza i z gromkim śmiechem wołał- „no i co kurwa śmieszku-HAHA- żyjesz jeszcze czy nie żyjesz?”. Milutko się mościliśmy w naszym sosiku, ale teraz wszystko, a przynajmniej wszystko co jest na szczycie Wszystkiego zaczyna „wyłazić”. I jedyne czego pragniemy to- dostać to co nam odebrano, chcą odebrać albo nam nie chcą dać. Mieć wszystko gotowe i pod kontrolą jak w brzuszku u mamusi to sen, który śnimy nieustannie na jawie… Żywe zombie.. które z każdą chwilą bezcelowego „płynięcia” obumiera i tylko krytyczne chwile są w stanie przywołać znikomy procent jego świadomości do życia. Na krótką chwilę. Ale jedyne na czym się wtedy koncentruje Zombie to jego cierpiące Ego- kolejny raz wspaniały umysł „ratuje” nas przed działaniem. Zamiast „hej, ja tak nie chce, czekaj czekaj. Ja chcę tak i tak” w głowie huczy „hej kurwa! Co mi robisz!spierdalaj”. Bierność nas zabija.

CDN